Na wizytówce nie było imienia Caleba.
Eleganckimi złotymi literami widniał napis: „Zarezerwowane na śmieci”.
Zmąciło mi się widzenie. Gorąca, oślepiająca fala czystej, nieskażonej wściekłości przetoczyła mi się przez pierś. Oderwałam kartkę od tablicy; ręce zadrżały mi tak gwałtownie, że o mało jej nie upuściłam.
Podniosłam wzrok. Minęła mnie młoda kobieta w czarnym uniformie kelnerki z tacą pełną szklanek z wodą.
„Przepraszam” – powiedziałam ostrym, drżącym głosem. „Kto to tu położył? Czy to pomyłka?”
Młoda kobieta zatrzymała się. Spojrzała na kartkę w mojej dłoni. Jej twarz pobladła śmiertelnie. Wydawała się przestraszona; jej wzrok nerwowo powędrował w stronę stołu prezydialnego.
„Ja… przepraszam panią” – wyjąkała kelnerka, szepcząc przepraszająco. „Sprawdzaliśmy podczas przygotowań. Ale panna młoda… panna młoda specjalnie poprosiła, żeby usiąść dokładnie tam. Sama to sprawdziła, zanim drzwi się otworzyły”.
Powoli odwróciłam głowę i spojrzałam na ogromną, zatłoczoną salę balową, na podwyższony stół.
Moja mama, Eleanor, siedziała obok Vanessy. Patrzyła prosto na nasz stolik.
Kiedy Eleanor zobaczyła mnie z karteczką w dłoni, wybuchnęła głośnym śmiechem. Nie był to uprzejmy chichot, ale głośny, donośny, zjadliwy śmiech czystego rozbawienia. Poklepała Vanessę po ramieniu i wskazała na nas.
Vanessa, promiennie blada i dzika, odwróciła głowę. Uśmiechnęła się ironicznie. Zimnym, złośliwym, głęboko zadowolonym uśmiechem. Sięgnęła po kieliszek szampana i drwiąco wzniosła toast w naszym kierunku.
„Daj spokój, Sarah, nie bądź taka zaskoczona!” krzyknęła Eleanor z drugiego końca sali. Jej głos zagłuszył muzykę i przyciągnął uwagę kilku pobliskich stolików. „To tylko żart! Nie bądź taka wrażliwa! To śmieszne!”
Vanessa skinęła głową i oparła się o swojego świeżo upieczonego męża, Grega, który śmiał się razem z nimi.
Spuściłam wzrok.